kontakt:
Paweł Poręba
tel. 0604 0604 28
napisz do mnie

Nurkowanie NEKTON

Strona główna    Kursy nurkowania   Wiedza nurkowa   Wyjazdy nurkowe   Relacje   Linki
Nora Damy
Trałowiec - dozorowiec
To nie jest Abilla
Groźny
Powidzkie VI 2005
Obóz nad Hańczą V 2005
Kurs ADV Nx 2005
Jezioro Garda
Szukanie dna;)
Jaskinie Włoch
Zakrzówek
Dudnica
Sztolnie i kamieniołomy
Austria
Taternictwo jaskiniowe: zima
Taternictwo jaskiniowe: lato

Dudnica!

W środę przyjechaliśmy do Zakopanego. Impreza Forda. Nurkowanie na basenie. Niby nudy, ale jestem przygotowany na coś ekstra. Na razie rozpakowaliśmy sprzęt na basenie COS, pojechaliśmy do hotelu, potem do osady Dżanis na wykład. Wieczorem Adam nas ściągnął na symulator golfa. Przedtem udało mi się znaleźć 10' czasu żeby rozwinąć linkę z dużego kołowrotka (do suszenia) oraz oznaczyć markerami linkę na małym i nawinąć na bęben.

Potem, po powrocie z golfa założyłem markery na 100m linkę z dużego kołowrotka i jego też nawinąłem. Piotrek który się temu przyglądał, krakał:

- i tak Ci się nie uda.

- Co się nie uda?

- Dojść czy wrócić

- Nie uda się ładnie nawinąć linki... aha.

Rano - wyjazd na imprezę, coś koło 3h na basenie... zwijanie sprzętu, lunch, pożegnanie dziennikarzy... i mam czas dla siebie. Udało się umówić jeszcze jeden nocleg w hotelu za free i powrót z Moniką po 15 w piątek. A było koło 15 w czwartek...

Spakowałem do plecaka to co niezbędne... i jeszcze wyrzuciłem trochę, tzn. 3kg balastu, przetoczkę powietrzną, mały kołowrotek i parę drobiazgów. Tak wyekwipowany byłem gotowy na poszukiwanie Dudnicy. Monika z Robertem (toprowcem) podwieźli mnie do Kuźnic skąd jechali kolejką. Robert mi dał telefon do kolegi na dyżurze, pod który miałem wysłać SMSa z godziną alarmową. No i w drogę... na Kalatówki. Trasa na 15 minut szybkiego marszu... ale z takim plecakiem jaki miałem to już nie byle co... Minąłem schronisko i poszedłem szlakiem dalej. Wg rysunku skręciłem w boczną ścieżkę i doszedłem do mini piargu. Nim pod górę do wejścia do jaskini Bystrej. Wejście okazałe. Na lewo stare wejście do bystrej a na prawo, może 10m od wrót Bystrej  - niepozorny lej Dudnicy. Wszystko się zgadza. Postawiłem wór w Bystrej i zacząłem rychtować sprzęt. Z góry słyszałem głosy turystów szwędających się szlakiem. Wydawały się bardzo bliskie, później okazało się, że ten szlak wcale nie jest tak na wyciągnięcie ręki...

Zmontowałem dwa zestawy 4l butla + automat, pas balastowy z deringami, pas piersiowy z na krzyż złożonej taśmy. Przebrałem się w piankę, spakowałem rzeczy... była 16:30. Wcześniej Lucyna wspominała, że na Dudnicę potrzeba 1h, że ma ona 100m długości. Ok. Jak Lucyna potrzebuje 1h to ja sobie daję 2.5h. Wysłałem SMSa z godziną alarmową 1900...

I zacząłem transportować sprzęt do dziury. wąskim korytarzem stromo opadającym w dół aż do komory w której zaczynał się syfon. Plecak zapakowany w worek foliowy zostawiłem pod ścianą, a sam przyczepiłem butle, przywiązałem linkę i do wody. Woda początkowo była krystalicznie czysta. Jednak natychmiast zmuliła się błotem które miałem na butach i piance...

Poręczując przemieszczałem się przez syfon. Nagle poczułem boczny prąd... miał być, ale nie spodziewałem się, że tak silny! Wynurzyłem się po drugiej stronie w rwącej podziemnej rzece. Na szczęście było czego się przytrzymać... przywiązałem kołowrotek i wróciłem się obadać odgałęzienie idące w kierunku Bystrej z którego biła ta rzeka. Był to dość wąski korytarz, jednak można by się weń zmieścić... gdyby nie ten prąd, który wzbudzał automat i wyrzucał mnie na zewnątrz... Wróciłem na powierzchnię. Rozejrzałem się po korytarzu, który tu skręcał jakieś 30* na wschód. Przepięknie! Czarne skały z żyłkami białej, trochę jakiś żółto brązowych skał osadowych, trochę nacieków wapiennych, wszystko wypłukane w przedziwne i dość ostre struktury...

Mimo ostrego prądu postanowiłem spróbować brutalnej siły - przemieszczać się rzeką wzdłuż jaskini. W końcu Lucyna mówiła, że ten prąd nie jest groźny... jak postanowiłem, tak zrobiłem. Jednak już po paru krokach silny prąd przycisnął mnie do jakiegoś przewężenia koryta i nie miałem odwagi dać się przepchnąć dalej... Przypomniał mi się mój wypadek z przed półtora roku... z trudem wycofałem się. Zostawiłem butle i kołowrotek na półce skalnej nad poziomem wody i sam, rozpierając się na ścianach - przeszedłem dalej. Okazało się, że zaraz za przewężeniem nurt znika pod skałą, ale można przejść górą na drugą stronę i tam nurt wbija się w gruz skalny na prawo a na lewo jest kolejny syfon. Nie ma rady: po jednej rzeczy zacząłem transportować klamoty górą pod ten syfon. Patrzę na zegarek a tu czas płynie sobie nieubłaganie... niewiele czasu zostało do 1800 którą sobie wyznaczyłem na godzinę rozpoczęcia odwrotu...

Stwierdziłem, że przenurkuje choćby drugi syfon i rozejrzę się tam, bo na resztę już nie było szans. Przywiązałem linkę nad wejściem i zanurzyłem się w wodzie. Dodać trzeba, że od wylotu podziemnej rzeki, tam gdzie zaczął się nurt, woda była jak kryształ, jedyne co czasem ograniczało widoczność, to bąbelki powietrza wciągane przez nurt przy przeszkodach.

Cóż, tym razem miałem pecha. Albo: Piotrek wykrakał... linka na bębnie kołowrotka zaplątała się na amen... źle zwinięta:(. Po paru próbach rozplątania, dałem za wygraną. Przywiązałem linkę do kamienia i przypiąłem bezużyteczny kołowrotek do pasa. Gdzieś metr dalej za końcem mojej linki zobaczyłem starą solidną poręczówkę. Miałem jeszcze szpulkę (12m linki) mogłem też tak po prostu przejść dalej - w końcu to prosty syfon. Jednak ruszając się poczułem, że coś mnie trzyma. Skontrolowałem co - aha, taka mała zaślepka od I*automatu, na cienkim sznureczku okazała się idealną kotwicą klinującą się uparcie w występach skalnych. Cóż - czas się kończy, sprzęt się haczy, kołowrotek nawalił - wystarczająco dużo powodów aby zarządzić ODWRÓT;) W tym miejscu syfon był dość obszerny, na tyle, że udało mi się odwrócić i wypłynąć tam gdzie przed chwilą wlazłem...

Była już 18... zacząłem transportować sprzęt z powrotem. Gdy kładłem kołowrotek na półce skalnej koło pierwszego syfonu - coś poszło nie tak, i poleciał w nurt... Cóż, poszukam później. Najpierw wróciłem po resztę sprzętu. Gdy wszystko było zgromadzone, poszedłem wzdłuż nurtu szukać kołowrotka. Mimo wartkiego prądu leżał całkiem blisko, w kotle eworsyjnym z lewej strony rzeki. Byłem gotowy do powrotu... tylko mi się rozwiązała jedna guma na butli pożyczonej od Sylwi. Olałem to... wróciłem przez pierwszy syfon, wyszedłem do korytarza. Zauważyłem mocny freeflow z jednego z automatów. Trudno, potem sprawdzę co to. Patrzę na zegarek... do godziny alarmowej jeszcze 30'. Spoko. Wniosłem po kolei butle, drobiazgi, na końcu plecak. Wypakowałem telefon i nadałem smsa z info o zakończeniu akcji. Cóż... będę miał jeszcze po co tu wracać...

Zdjąłem piankę... oj dostało jej się w kość. Przeciskanie się przez korytarze najeżone ostrymi występami zostawiło na niej wiele bardzo głębokich sznytów...

Spakowałem się i ruszyłem w górę do szlaku. Chciałem sprawdzić gdzie jest zejście ze szlaku, tak na przyszłość i jak daleko ten szlak jest. Okazało się, że trzeba się wgramolić na całkiem strome gliniaste zbocze co z takim worem na plecach było niebanalne;) W każdym razie - oceniłem, że spoko można tam przy Bystrej rychtować sprzęt, z góry nikt nie powinien wypatrzyć co się dzieje. Z dołu też... super.

Powrót do Kalatówek - kilka minut. Tam wziąłem herbatę. Trochę nie taką jaka powinna być w górskim schronisku, raczej pachnącą restauracją, ale nic to;) Zaraz ruszyłem do Kuźnic, mając w perspektywie zejście do zakopanego i per pedes przejście pod Dolinę Białego gdzie jest hotel Belwedere... Jednak w Kuźnicach nagabnął mnie taksówkarz, który wcześniej wziął już dwie osoby do siebie... pyta czy jadę do Zakopanego. Ja mu na to, że raczej idę ... ale ile kosztuje taksówka? On: "jak dla pana 4zł...". No to pojechałem... Mój fart był jeszcze większy. Przez okno zobaczyłem Roberta i Monikę. Wysiadłem na rondzie, poczekałem na nich i razem pojechaliśmy samochodem Moniki do Hotelu...